Fotografowanie zorzy polarnej

Magia pięknej Aurory

Katarzyna Gubrynowicz

Noc. Na rozgwieżdżonym niebie delikatnie majaczy zielonkawe światło. Wkrótce rozbłyska, zaczyna falować, układa się w niezwykłe kształty, tańczy, płynie dalej…

Oto stajemy się świadkami cudu. I chociaż nauka już dawno wyjaśniła zjawisko powstawania Aurory – czar przez nią rzucany wciąż trwa i uzależnia. Wszak każdej nocy zorza jest inna - oprócz zieleni, przybiera barwę fioletową, żółtą, a nawet czerwoną. Przefruwa wijąc się wstęgą przez całe niebo, rozlewa się poświatą ponad horyzontem lub strzela promieniami z góry na dół - zaskakuje, zachwyca, zadziwia.

Fot. Katarzyna Gubrynowicz

Kierunek – Aurora!

Półkula południowa ma swoją Aurorę australis, ale skupmy się na „naszej” Aurorze borealis, krążącej w okolicach koła podbiegunowego półkuli północnej. Pojawia się nad tundrą Syberii, północną Europą, Grenlandią, północną Kanadą i Alaską. Z Polski oczywiście najszybciej i najłatwiej dostać się na północ Skandynawii lub na Islandię.

Na pierwszy rzut oka najbardziej atrakcyjnym wydaje się norweski archipelag Lofotów. Malownicze góry wbijające się prosto do morza robią wrażenie, a nadmorski klimat sprawia, że zima nie jest tu zbyt mroźna. Niestety popularność ma swoją cenę – tłumy fotografów z całego świata polujących obok siebie na zorzę, skutecznie mogą pozbawić radości, a nawet i udanego kadru, chociażby z powodu zbyt często zapalanych latarek, czy świateł samochodów, bo kiedy na niebie pojawia się zorza – wszyscy wsiadają w samochody i pędzą na plażę. W takich chwilach - cały czar pryska.

Fot. Katarzyna Gubrynowicz

Wielkie przestrzenie części kontynentalnej północnej Skandynawii (powyżej kręgu polarnego) wydają się być pod tym względem korzystniejsze. Są miejsca, jak chociażby szwedzki park narodowy Abisko, gdzie noce wyjątkowo często bywają bezchmurne, a brak większych miast w okolicy stanowi idealne miejsce do obserwacji zorzy. W tym wypadku głównym minusem może być solidny mróz utrudniający dłuższą pracę w terenie i większy problem z bazą noclegową oraz znalezieniem aż tak spektakularnych motywów na plan pierwszy.

Trzecią, bardzo atrakcyjną alternatywą jest Islandia. Oprócz kilku popularnych miejsc, jak park narodowy Thingvellir (Þingvellir) niedaleko Reykjaviku, do którego ciągną pielgrzymki autokarów, jest wiele dzikich obszarów, w których można samotnie polować na zorze, ciesząc się wspaniale rozgwieżdżonym niebem.

Fot. Katarzyna Gubrynowicz

Oczywiście pod warunkiem, że nie jest ono ukryte pod grubą warstwą chmur, a niestety - w przypadku Islandii, położonej niejako w kolebce niżów atlantyckich - nie jest to aż tak oczywiste. Biorąc jeszcze pod uwagę fakt, że jest to bodajże najbardziej wietrzny przyczółek Europy, dodatkowo komplikuje wyzwanie w postaci fotografii nocnej, wymagającej dłuższego czasu naświetlania. Mimo tych niedogodności – wielkim atutem jest surowy, lecz absolutnie fascynujący krajobraz wyspy.

Fot. Katarzyna Gubrynowicz

Niezależnie jednak od kierunku, który wybierzemy, w każdym przypadku na pewno warto mieć samochód - własny lub wypożyczony, dający nam wielką swobodę poruszania się w poszukiwaniu najlepszych miejscówek. Do Norwegii możemy pokusić się o podróż własnym autem (promem lub przez most łączący z Danią), jedynie należy pamiętać o zaopatrzeniu się w opony z kolcami. W przypadku Islandii, gdzie wypożyczenie samochodu jest bardzo kosztowne, wyjątkowo godnym polecenia jest polska (!) wypożyczalnia - IcePol. Jedyne czego warto nie zaniedbać, to sprawdzanie warunków drogowych na oficjalnej stronie drogowej road.is, gdyż nierzadko się zdarza, że z powodu złych warunków atmosferycznych drogi są po prostu zamykane.

Fot. Katarzyna Gubrynowicz

W poszukiwaniu magicznego światła – kiedy?

Zorza pojawia się na niebie przez okrągły rok, ale by móc ją dojrzeć, musimy wybrać porę, kiedy noce są wystarczająco ciemne, czyli okres mniej więcej od połowy września do końca marca. I chociaż bywa widoczna już nawet pod koniec sierpnia, jednak jej światło nie jest zbyt intensywne, a co za tym idzie - efektowne. Dodatkowym atutem zimowej fotografii może być śnieg – którego biel będzie rozjaśniać krajobraz i odbijać zielonkawy odblask z nieba.

Światło księżyca również może podświetlić plan pierwszy, by nie wyszedł zbyt ciemny, jednak w przypadku niezbyt intensywnej zorzy – może stanowić dla niej zbyt silną konkurencję.

Fot. Katarzyna Gubrynowicz

Z tego powodu - czas nowiu pozwala zazwyczaj uzyskać lepsze warunki do obserwacji, a sam odblask uzyskać możemy dzięki refleksom na wodzie. Dlatego warto poszukać nie zamarzniętej rzeki, jeziora, czy np. stanąć nad brzegiem oceanu.

Najlepsze miejscówki

Przede wszystkim optymalnych warunków warto szukać z dala od większych miast, których światła przyćmiłyby spektakl na niebie. Ale kiedy zależy nam na ukazaniu dzikiego krajobrazu z zorzą - czasami nawet jeden domek, latarnia morska, mały port czy farma dobrze oświetlona, potrafią zepsuć kadr. Dlatego poszukując, jeszcze za dnia, dobrych miejsc na nocne zdjęcia, warto dokładnie przyjrzeć się, czy na pewno teren jest dostatecznie dziki i nie zamieszkały. Może nam w tym pomóc również mapa Google, na której szybko sprawdzimy, czy teren rzeczywiście jest dostatecznie „czysty”.

Pod tym względem bardzo atrakcyjne są obszary parków narodowych, dające większą szansę złapania w kadr krajobrazu bez świateł.

Fot. Katarzyna Gubrynowicz

Szykując się na nocny spektakl, warto również pomyśleć o tym, by krajobraz na zdjęciu prezentował się jak najbardziej atrakcyjnie. Może to być np. kamienista plaża, brzeg rzeki czy jeziora, którego woda pięknie będzie odbijać światła zorzy. Mogą to być również skały, wzory na śniegu, drzewo… cokolwiek, co pomoże w dobrym zagospodarowaniu kadru. Warto za dnia znaleźć takie miejsca, by nie tracić cennych minut na poszukiwania, kiedy już zorza zabłyśnie na niebie. Wypatrując takich atrakcyjnych ujęć – kierujmy przede wszystkim nasz wzrok na północ, skąd najczęściej płynie światło Aurory, chociaż przy wysokim indeksie KP zorzy – może pojawić się wszędzie. Także i nad naszymi głowami.

Fot. Katarzyna Gubrynowicz

Kiedy warto patrzeć w niebo i czy warto wierzyć KP?

Ale cóż to za tajemnicze KP? Nie wdając się w naukowe dywagacje, indeks KP (w skali 1-9) podpowie nam, czy możemy spodziewać się zielonych rozbłysków tam, gdzie akurat jesteśmy. Im bardziej będziemy na północy, tym mniejsza liczba KP jest potrzebna, by dostrzec zorzę na niebie. Jednak wyższa liczba może wróżyć piękniejszy spektakl. Z doświadczenia wiem, że najczęściej KP oscyluje od 1-4, rzadko uzyskując 5 i więcej. Teoretycznie, przy KP 9 Aurora może być widoczna nawet i w Polsce, co zresztą miało miejsce kilka lat temu.

W poszukiwaniu nieskończoności

A jaki sprzęt? W przypadku aparatu – niezwykle cenna jest możliwość ustawienia wysokiego ISO. Canon EOS 5D Mark IV, którym robiłam zdjęcia pozwalał na pracę na ISO 3200, a nawet 6400 bez wyraźnej utraty jakości. Ale kiedy zorza stawała się bardziej intensywna (efektowna, dobrze widzialna “gołym okiem”) – mogłam spokojnie zejść nawet do ISO 1250 -1600. Równocześnie pilnowałam, by czas naświetlania nie był dłuższy niż 30 sekund, a w przypadku dynamicznej zorzy – skracałam go do 5-15 sekund. Ale żeby móc spokojnie kontrolować wszystkie te parametry - trzeba aparat przestawić na tryb MANUAL oraz otworzyć przysłonę na tyle, na ile nam pozwala obiektyw. A zatem - im będzie jaśniejszy, tym lepiej. Drugą ważną cechą obiektywu jest jego ogniskowa. w tym wypadku teleobiektywy mogą zostać w domu, tutaj rządzi szeroki kąt! W moim przypadku najlepiej sprawdził się ostry i jasny Canon EF 14mm f/2.8 II USM. Był wystarczająco szeroki, by ukazać ogrom rozświetlonego nieba, a przysłona 2.8 pozwalała na krótszy czas naświetlania, co pomagało uchwycić dynamikę falującej zorzy.

Fot. Katarzyna Gubrynowicz

Całkiem praktycznym rozwiązaniem okazał się również trochę ciemniejszy Canon EF 11-24mm f/4L USM dający większą swobodę kadru. Dawał możliwość szybkiego łapania rozbieganej Aurory w zależności od tego gdzie się pojawiła i ile miejsca zajmowała na niebie. A trzeba przyznać, że z zorzą bywa rozmaicie - potrafi być nieomal statyczna, delikatnie falując wśród gwiazd, a potrafi zaskakiwać swoją dynamiką.

Fot. Katarzyna Gubrynowicz

W wyjątkowych sytuacjach, kiedy zależało mi na stworzeniu wrażenia obejmowania połowy nieba - korzystałam również z tzw. rybiego oka - Canon EF 15mm f/2,8 Fisheye. Jednak ze względu na mocną deformację przestrzeni - starałam się nie nadużywać tego efektu.

Fot. Katarzyna Gubrynowicz

A w sytuacjach, kiedy zorza nieomal ślizgała się po horyzoncie - próbowałam ją złapać węższą ogniskową - Canonem EF 24-105mm f/4L II USM. W tym wypadku najtrudniej było uzyskać odpowiednią głębię ostrości, w której zmieściłyby się zarówno gwiazdy, jak i krajobraz poniżej.

Fot. Katarzyna Gubrynowicz

W ogóle walka z uzyskaniem odpowiedniej ostrości jest niełatwa i niestety bywa, że fajne ujęcia lądują potem w koszu. Pamiętajmy – w nocy ciężko będzie złapać punkt ostrzenia, a AF będzie bezradny. Musimy zatem przestawić autofocus na MF i najlepiej jeszcze za dnia – poszukać, gdzie tak naprawdę uzyskamy nieskończoność, bo zazwyczaj, wbrew pozorom, nie jest ona na samym końcu ostrzenia.

No i przede wszystkim - musimy pamiętać o statywie! Im bardziej będzie stabilny, tym lepiej, zwłaszcza kiedy wieje.

Warto mieć również zawczasu przygotowaną latarkę czołówkę – najlepiej z czerwoną diodą, która wystarczy do sprawdzenia drogi, czy parametrów w aparacie, a nie prześwietli zdjęć innym fotografującym w okolicy. Kiedy jest śnieg, lód - bardzo przydatne mogą okazać się raczki, które dadzą nam stabilność, szczególnie cenną, gdy będziemy poruszać się w ciemnościach. Rewelacyjnie sprawdzają się kalosze z pianki EVA, grube wełniane skarpety (najlepiej z wełny merynosów), a w przypadku mrozów i długiego stania w jednym miejscu – bardzo skuteczne są dodatkowo wkładki grzejące. A kiedy zadbamy o ogrzewacze do rąk, dobre rękawiczki, długą puchową kurtkę z kapturem, spodnie narciarskie, a do plecaka, obok sprzętu fotograficznego, schowamy termos z gorącą herbatą i ewentualnie jakiś baton lub czekoladę - ani mróz, ani długie oczekiwanie na pojawienie się zorzy na niebie, nie będzie już takie straszne. No i koniecznie - pamiętajmy o naładowanym smartfonie. Będzie bardzo pomocny tej nocy, jeśli najpierw uzbroimy go w kilka przydatnych aplikacji.

Przydatne aplikacje

Bo kiedy już jesteśmy w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie, możemy zacząć wypatrywać zorzy. Jednak to, czy ją ujrzymy, jak już wspomniałam - zależeć będzie jeszcze od kilku czynników - czyli głównie od zachmurzenia oraz mocy samej Aurory.

Niskie i średnie chmury mogą skutecznie zasłonić przed nami cały spektakl. Dlatego warto zerknąć na aplikacje pokazujące prognozę pogody - szczególnie warte polecenia będą: norweska yr.no oraz czeska (!) windy, dzięki której będziemy mogli zobaczyć ruch chmur w czasie rzeczywistym. Może to stanowić dla nas cenną podpowiedź, czy miejsce które wybraliśmy na obserwację nieba w ogóle rokuje na sukces.

Fot. Katarzyna Gubrynowicz

Ale ponieważ nawet przy bezchmurnym niebie może się zdarzyć, że nie zobaczymy niczego więcej prócz pięknych gwiazd, warto na bieżąco kontrolować maksymalną wysokość KP oraz procentowo podaną szansę zobaczenia spektaklu na niebie. Polecam m.in. aplikacje Aurora, Aurora Notifer czy Nothern Eye Aurora Forecast. Większość z nich wyświetla również mapki, na których można sprawdzić, w którym miejscu obecnie jest najsilniejsza, czy dopiero się zbliża do miejsca gdzie jesteśmy, czy już nas minęła. Niektóre aplikacje mają dodatkowo opcje ustawienia “alertów” stawiających nas na równe nogi, kiedy na niebie pojawi się światło. Proponuję wgrać kilka aplikacji, gdyż potrafią trochę różnić się swoimi przewidywaniami. Kiedy pojawia się KP3 lub wyżej, a szansa zobaczenia zorzy plasuje się powyżej 30% - polecam zachować czujność i często przyglądać się niebu. A najlepiej co jakiś czas robić mu zdjęcia, gdyż łatwo przeoczyć słabiej świecącą Aurorę. Dopiero długi czas naświetlania podpowie nam, czy przypadkiem coś się nie dzieje na naszym nocnym firmamencie…

Fot. Katarzyna Gubrynowicz

Podsumowując – jeśli mamy bezchmurne niebo z dala od źródeł światła, jesteśmy za kręgiem polarnym (Islandia co prawda znajduje się ciut poniżej, ale jest na trasie „przelotowej” zorzy) i aplikacje pokazują nam KP 3 i wyżej – warto spojrzeć w niebo. I to nie raz, gdyż Aurora jest kobietą nieprzewidywalną – czasami, efektowna, wpada do nas tylko na chwilę (potrafi kilka razy w ciągu jednej nocy), czasem błyska przez kilka godzin, by w końcu rozlać się zielenią po całym niebie. Do zorzy, jak do większości tematów związanych z fotografią przyrody – potrzeba dużo cierpliwości. I pokory. Bo bywa i tak, że marzniemy kolejną godzinę, kolejną noc, a jej wciąż nie ma. Cóż, tak też bywa, ale wcześniej czy później – przyjdzie! Trzeba w to uwierzyć i cierpliwie czekać dalej.

Wszystkim wybierającym się na polowanie na piękną Aurorę życzę powodzenia! ...i niech światło będzie z Wami!

Artystka grafik, od ponad dekady zajmująca się fotografią przyrody, głównie krajobrazu.

Zakochana w dzikich przestrzeniach północy, w swoich pracach poszukuje niezwykłego światła, koloru oraz ciekawych kształtów.

Była prezes Związku Polskich Fotografów Przyrody, laureatka konkursów w Polsce i za granicą, autorka wystawy fotograficznej „Barwy krajobrazu”. Prowadzi warsztaty i pokazy, podczas których dzieli się swoją pasją jaką jest poszukiwanie doskonałego piękna w świecie dzikiej przyrody.

Katarzyna Gubrynowicz